Samoograniczenie władzy i niespokojny duch stowarzyszonych

Iwona D. Bartczak Iwona_Bartczak@businessdialog.pl

 

Gdy stowarzyszenie – zwykle zrodzone z entuzjazmu i zaangażowania inicjatorów i pierwszych członków – okrzepnie, a nawet nieco się zestarzeje, pojawia się pewien specyficzny problem: nie jest całkiem jasne, czy na stowarzyszeniu bardziej zależy zarządowi (kapitule, grupie aktywistów) czy szeregowym członkom.

Zwykle rzeczywistość wygląda absurdalnie. Najczęściej to zarząd zastanawia się, jakby tu uatrakcyjnić działalność, co dodać, co poprawić, z kim zawrzeć sojusz, skąd wziąć pieniądze, na co wydać. Natomiast członkowie w większości uczestniczą w wydarzeniach, biorą udział w wyborach, prenumerują gazetę, odbierają newsletter, itd., generalnie spełniają większość formalnych wymagań i procedur zawartych w regulaminach. Teoretycznie nie ma się do czego przyczepić, gdyby nie to, że od szeregowych członków coraz trudniej wydusić jakąś opinię. Oni po prostu nie mają zdania. Nie potrafią powiedzieć, co im się nie podoba, a co by chcieli, ale mają coraz większy dyskomfort, że to nie to. Taki dyskomfort ma również zarząd, z tym ze zarząd próbuje coś poprawić, ale nie potrafi wymusić na członkach stowarzyszenia, aby mu pomogli, podpowiedzieli, zaangażowali się. Członkowie mówią: przecież mamy zarząd. I czują się zwolnieni z myślenia, aktywności, odpowiedzialności.

Złowrogi mechanizm absurdu

Absurd polega nie na tym, że zarząd jest osamotniony, mimo że społeczność go wybrała; nie na tym, że chce poprawiać, a nikt nie pomaga mu działać lepiej; nie na tym, że uczuciu braku zadowolenia i satysfakcji w społeczności towarzyszy niewiedza poszczególnych członków, co tak naprawdę budzi te uczucia. Absurd polega na tym, że instytucje demokratyczne, czyli np. samorządy czy stowarzyszenia powołane w społecznościach niedojrzałych do działania razem i na rzecz dobra wspólnego, powodują efekt odwrotny do zamierzonego: zamiast umacniać wspólnotę oddalają człowieka od człowieka, zamiast budować poczucie solidarności wzbudzają niechęć i rozczarowanie do drugiego człowieka, zamiast rozwijać aktywność motywują do milczenia i bierności.

Absurdalne, prawda? A jednak dzieje się tak dzisiaj na każdym kroku. Żeby wyjaśnić ten złowrogi mechanizm, trzeba szybciutko rozszyfrować, co to znaczy społeczność dojrzała. Współcześnie diagnoza, że jakaś społeczność dorosłych ludzi jest niedojrzała brzmi bardzo groźnie i natychmiast wyzwala wrogość do stawiającego taką diagnozę. Trzeba więc powiedzieć jasno: społeczność dojrzała to jest taka społeczność, która wie czego chce, wie, co ma do załatwienia, wie jakie ma potrzeby, wie na czym jej zależy, wie w jakiej jest sytuacji i co na tę sytuację wpływa. Jednym słowem jest to społeczność świadomych ludzi o bardzo wysokich i sprecyzowanych wymaganiach. Tylko taka społeczność umie używać instytucji demokratycznych, umie działać na rzecz swojego dobra, umie działać razem, choć czasem przez swoich reprezentantów.

Przykład historyczny

Dla lepszego zobrazowania tej sytuacji przytoczę pewien przypadek historyczny. Gdy wybuchła posierpniowa wolność, zostałam właśnie studentką Uniwersytetu Warszawskiego. Oczywiście, rozpoczęliśmy walkę o samorząd. Walczyliśmy z ogromnym zaangażowaniem i pomysłowością. Byłam w licznej grupie bardziej aktywnych, ale większość studentów mocno nam kibicowała, nawet jeśli nie uczestniczyła bezpośrednio w działaniach. To był wielki ruch odnowy na UW – ta walka o samorząd. No i został wybrany. Na moim wydziale wybrani zebrali się, usiedli, trochę porozmawialiśmy, spotkaliśmy się drugi, trzeci raz. Emocje na uniwersytecie opadły, ludzie czekali, że coś zasadniczego się zdarzy, a nas ogarniała czarna rozpacz, ponieważ my w ogóle nie wiedzieliśmy, czym mamy się zajmować. Nie mieliśmy żadnych wzorów, żadnego doświadczenia, coś tam wymyślaliśmy, jakieś banały o stołówkach i przychodniach, jakieś problemy zastępcze. Nie mieliśmy żadnego pomysłu na ważne sprawy do załatwienia dla siebie, dla naszych kolegów, którzy nas wybrali. Coś nam w duszy grało, jakieś wielkie rzeczy, ale zabrakło nam wiedzy i rozumu na przełożenie tego na język praktycznych, konkretnych rzeczy do załatwienia, które przybliżałyby nas do doskonałej zgranej solidarnej uczącej się społeczności studenckiej. Od porażki, czyli pogrążenia się w niemocy, pretensjach i prywacie uratowała nas historia, czyli stan wojenny i późniejsze perypetie związane z odzyskiwaniem suwerenności. Nie zdążyliśmy skonsumować gorzkich owoców niedojrzałości, sami sobie uświadomić, jak bardzo byliśmy nieprzygotowani do tworzenia instytucji demokratycznych i posługiwania się nimi.

Wiem, że ten scenariusz powtórzył się wtedy w dziesiątkach wariantów w różnych społecznościach, nie tylko studenckich, powtarza się do dzisiaj, wszędzie tam, gdzie brakuje dojrzałości. Tylko że dzisiaj mechanizm działa do końca. Myśmy doskonale spełniali się w walce o nasz ideał – o samorząd. Dzisiaj ludzie osiągają spełnienie na przykład w trakcie powoływania stowarzyszenia. Mają cudowne uczucie bycia razem, bycia podobnymi, bycia dla siebie, określania swojej tożsamości. Kiedy jednak kończy się etap tworzenia i budowania podstawowej działalności, kiedy zostają zaspokojone oczywiste potrzeby i oczekiwania danej społeczności, zaczyna się nieprzyjemny okres zwątpienia i wzajemnych rozczarowań. Bierze się z bardzo płytkiej wiedzy o tym, kim jesteśmy i co możemy dla siebie zrobić, o co nam chodzi w życiu zawodowym lub pozazawodowym, co może być naszym celem. Czyli z niedojrzałości.

Dobroczynne działanie pragnień

Gdy dzisiaj przyglądam się różnym stowarzyszeniom przeżywającym trudny okres zwątpienia, owego niespełnienia i rozczarowania, dochodzę do wniosku, że jedynym prawdziwym lekarstwem dla nich jest rozbudzenie aspiracji i pasji każdego z ich członków. Jeśli każdy zada sobie pytanie: na czym mu istotnie zależy i co chce osiągnąć, jeśli tych pragnień będzie coraz więcej i będą coraz bardziej różnorodne – w obszarze w jakim działalność prowadzi dane stowarzyszenie – wówczas otworzą się nowe pola aktywności, nowe formy działań, nowe obszary porozumienia i współpracy. Oczywiście, to nie będzie działo się samo, na wezwanie zarządu. Ale zarząd – sam lub z zewnętrznymi partnerami – może wymyślić kilka „prowokacji” w celu uruchomienia tego procesu. Może zainspirować dyskusję o ścieżkach awansu, może wyeksponować osiągnięcia niektórych członków i pomóc stać się im lokalnymi guru, może nagradzać za określone osiągnięcia, może zadawać wreszcie dziesiątki pytań. Oczywiście, nie o to, co robić jako stowarzyszenie, ale o to, o czym ludzie marzą, czym się martwią, jak są traktowani przez inne społeczności, z kim znajdują wspólny język, itd., itd. Każde działanie, które pozwala danej społeczności powiedzieć o sobie o jedno zdanie więcej, będzie prawdopodobnie tym, które doda jedną aktywność więcej. I jeden argument na rzecz tego, że warto być razem. Im bardziej wyrazista jest dana społeczność, tym bardziej jest zmotywowana (łatwiej jej określić swoje cele), tym skuteczniej działa skupiające ją stowarzyszenie i tym większa jest harmonia między szpicą a szeregowymi uczestnikami. Trzeba naprawdę dużo od życia chcieć, żeby był sens tworzenia nawet najmniejszej społeczności, np. rodziny, a co dopiero stowarzyszenia. Tam, gdzie ludzie nie mają wielkich ambicji i pasji, tam stowarzyszenie nie utrzyma się, albo wyrodzi, spatologizuje. Spowoduje ów opisany na początku rozjazd między wybraną władzą a społecznością, między początkowym entuzjazmem a późniejszym rozczarowaniem, między poczuciem niespełnienia i pozostawania bez pomocy a biernością, przyzwalaniem na jałowe rządy.

Niebezpieczny rozjazd

Taki rozjazd między władzą a społecznością, między chęcią posiadania wpływu a biernością w realizacji tego wpływu, między negatywną oceną a nikłym zaangażowaniem w zmianę ma jeszcze dwie dodatkowe konsekwencje, które – gdy zaistnieją – wzmacniają ów rozjazd.

Po pierwsze, każda demokracja rodzi elitę działaczy (polityków, ludzi władzy, aktywistów, itd.), których interesem staje się władza sama w sobie. Chodzi o to, aby ją zdobyć, sprawować, utrzymać, itd. Działania w tym zakresie nie mają wiele wspólnego z działaniem na rzecz środowiska, z którego wyrośli i któremu mieli pierwotnie służyć. Polityka to polityka, gra o władzę, zawsze taka sama – bez względu czy dotyczy państwa, partii czy stowarzyszenia. Każda władza to nieuchronnie są „oni”. A jak „oni”, to gra społeczności i jednostek toczy się raczej przeciwko nim, nawet gdy to jest dla „nas” szkodliwe, niż ułatwia im zadanie, dopuszcza do ważnych spraw, obdarza zaufaniem. Najlepszym sposobem na zmniejszenie negatywnych skutków powstania podziału na „my” i „oni” jest rozwijanie struktur poziomych. Stowarzyszenie jest strukturą poziomą w państwie, a co jest strukturą poziomą w stowarzyszeniu? Odpowiedź na to pytanie, jest zarazem wskazówką, co robić, aby społeczność ubrana w stowarzyszenie, czyli posiadająca władzę, nie straciła podmiotowości, suwerenności, aby się również sama rządziła. Z grubsza struktura pozioma zawsze organizuje się wokół innej osi niż władza, np. wokół konkretnego problemu czy zadania, albo określonej specjalizacji, albo w pewnym regionie.

Po drugie, w złożonych strukturach zbyt długo trwa przełożenie postulatu na realne wydarzenie. Proces demokratycznej zmiany nie gwarantuje poczucia wpływu. Nie ma uchwytnego związku między wyrażeniem „ja chcę” a zrealizowaniem swojego postulatu, planu, marzenia, idei. Powstaje wrażenie, że moje „ja chcę” jest bez znaczenia. Wielki wysiłek mądrej władzy – każdej: rodzicielskiej, organizacyjnej, państwowej – powinien iść w kierunku umacniania przekonania jednostek, że ich „ja chcę” ma znaczenie, że w jakiejś perspektywie, w jakimś trybie prowadzi do realizacji, jeśli tylko człowiek się nad tym trudzi. W stowarzyszeniu trzeba powiązać wyrażanie „ja chcę” z mechanizmem tworzenia warunków do jego realizacji. Chodzi o to, aby wyrażenie postulatu było brane poważnie i pozytywnie przez społeczność z jednej strony, a z drugiej, aby było zobowiązaniem zgłaszającego postulat do wysiłku na rzecz jego realizacji. „Ja chcę” oznacza „ja chcę to zrealizować”, a nie „ja chcę aby to było zrealizowane”. Oczywiście, takie powiązanie możliwe jest tylko w organizacji nastawionej przyjaźnie wobec „ja chcę”. Ale przecież stowarzyszenia tworzy się dokładnie po to, aby samemu działać! A forma stowarzyszenia jest właśnie owymi warunkami do realizacji „ja chcę”! A jednak stowarzyszenie popada w patologię „ja chcę” niewypowiedzianego albo bez zobowiązania do dalszego ciągu! Wygląda na to, że stowarzyszenie nie może ustawać w tworzeniu takich ministowarzyszeń w swoim organizmie, które będą przejmować rolę miniśrodowiska do realizacji różnych „ja chcę”.

Tak naprawdę zarządzanie stowarzyszeniem to jest ciągła nieustająca walka jego członków o motywację, o powód, dla którego chciałoby się coś robić i to razem, a także nieustająca walka zarządu, aby być władzą tylko tyle, ile to konieczne, ale nie aż tyle, by stać się „onymi”.