PLOUG na agorze, czyli rozważania o naturze ludzkiej

Bohdan Szymczak

Po pierwsze, człowiek robi to, co musi, w dalszej kolejności to, na co ma ochotę, lub co przynosi mu korzyść, a ostatecznie to, co z różnych innych powodów robić powinien.

To nieco cyniczne i prowokacyjne rozpoczęcie ma w założeniu być kolejnym głosem w dyskusji o naszym Stowarzyszeniu, wywołanym niejako ostatnimi artykułami Iwony Bartczak zamieszczonymi w 40-tym i 41-szym numerze PLOUG’tek. Trzeba obiektywnie przyznać, że napisane profesjonalnie i z dużą znajomością tematu artykuły celnie opisują zjawiska, które towarzyszą powstaniu i dalszemu funkcjonowaniu wszelkich stowarzyszeń, a tym samym odnoszą się również i do nas. A jednak doszedłem do wniosku, że punkt widzenia autorki jest nieco zbyt akademicki, i że diagnozując problemy, widzi ona przyczyny w systemie, nie zaś w człowieku i jego naturze. Jest to oczywiście niezwykle szlachetne, ale odstaje, moim zdaniem, od rzeczywistości. Pozwolę sobie zatem na przedstawienie pewnych przemyśleń, których celem nie jest obalenie tez postawionych przez autorkę, ale raczej wzbogacenie tematu o dodatkowe refleksje.

Stowarzyszenie a społeczność – to dwie formy przeciwstawiane sobie przez autorkę. Społeczność jako twór żywy, kreatywny, silny wewnętrzną energią, powstały spontanicznie z potrzeb poszczególnych osób i stowarzyszenie, widziane jako sformalizowany twór kostniejący z czasem, targany wewnętrznymi sprzecznościami, lub co gorsza marniejący apatią swoich członków. Zdaniem autorki, stowarzyszenia się nie sprawdzają z wielu powodów, a widocznym tego objawem jest ich samoprzekształcenie w „mocno niesprawnie zarządzaną quasifirmę”. No dobrze, faktycznie tak stowarzyszenia wyglądają, ale co zatem jest dla nich alternatywą? Sama społeczność, rozumiana jako zbiór osób o podobnych celach i zainteresowaniach, jest w naturalny sposób skazana na zniknięcie, w krótszym bądź dłuższym czasie, tak jak wygasać będzie zainteresowanie poszczególnych osób. Cechą natury ludzkiej jest z jednej strony ciekawość, a z drugiej skłonność do znudzenia. To dlatego tak łatwo wzbudzić w społeczeństwie entuzjazm, na bazie którego dokonywane są najpierw czyny heroiczne, później stawiane pomniki ofiar i bohaterów, a na końcu przychodzi zapomnienie. Samoistna grupa społeczna nie stanowi żadnej gwarancji dla funkcjonowania, ani realizacji potrzeb swoich członków. Opiera się bowiem na nieformalnych zobowiązaniach poszczególnych osób, ważnych tak długo, jak długo istnieje u nich wewnętrzna chęć jakiegokolwiek działania. Znudzenie bądź zmiana zainteresowań powoduje szybki rozpad społeczności, która de facto jest luźnym zbiorem mniej, lub bardziej przypadkowych osób, poprzez zbieżność czasu, miejsca i zainteresowań przez pewien okres funkcjonujących wspólnie.

Jedyną formą dalszego funkcjonowania i naturalną drogą rozwoju jest powołanie struktury formalnej, w tym przypadku stowarzyszenia. Stowarzyszenie jest organizacją, która wymusza działanie. A zatem pojawia się tu nowa jakość – przymus, który jest gwarantem jej istnienia. Trzeba sobie uświadomić, że taka tendencja jest naturalnym sposobem organizacji społecznej człowieka. Proces ewolucji społecznej przebiegał podobnie w historii, a raczej w prehistorii. Niewielkie, pierwotne grupy koczownicze, prowadzące zbieracko-myśliwski tryb życia, były wewnętrznie mało zorganizowane i miały raczej charakter rodzinny. Wykształcenie się społeczności osiadłych miało już charakter zorganizowany i opierało się na przymusie podporządkowania ustalonym regułom. Płynie z tego wniosek, że człowiek w grupie, nie jest zdolny do bardziej złożonych działań, o ile nie obwaruje ich otoczką organizacji, która ograniczy z jednej strony swobodę jednostki, ale z drugiej strony zagwarantuje pewną stabilność i możliwość funkcjonowania w przyszłości.

W zasadzie większość grup wspólnoty zainteresowań, by nie powiedzieć wspólnoty interesów, dąży do przekształcenia się w formę zorganizowaną, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z hobbystami, miłośnikami kotów czy też wyznawcami idei społeczeństwa doskonałego. W konsekwencji jedni zakładają stowarzyszenia a inni partie polityczne. Na obecnym etapie jest to naturalny i jedyny kierunek rozwoju. Zrozumienie tego procesu jest kluczem do działania bez nadmiernego bagażu frustracji.

Rozważając aspekty funkcjonowania stowarzyszenia, autorka artykułu „Samoograniczenie władzy i niespokojny duch stowarzyszonych” zwraca uwagę na zjawiska podziału stowarzyszenia na władzę – zarząd i resztę – czyli pozostałych członków. W tym podziale zarząd jest postrzegany jako jedyna siła sprawcza umożliwiająca funkcjonowanie organizacji, zaś pozostali członkowie to grupa biernych konsumentów, których udział w życiu stowarzyszenia sprowadza się do posiadania oczekiwań wobec zarządu, zresztą zwykle w mało sprecyzowanej formie. Częściowo jest to spowodowane nie do końca określonymi potrzebami. Główną przyczynę tego zjawiska autorka upatruje w braku, lub słabym rozwoju dojrzałości społecznej.

Ta diagnoza jest jednak, moim zdaniem, zbyt uproszczona. Społeczeństwo dojrzałe, nie tylko w aspekcie grup stowarzyszeń, ale również w skali globalnej jest póki co ideą utopijną. Jeśli nawet przyjmie się, że jak pisze autorka, dojrzała jest „społeczność świadomych ludzi o bardzo wysokich i sprecyzowanych wymaganiach”, to z tego faktu wcale nie wynika, iż tacy ludzie będą tę świadomość transformowali na realne działanie. Innymi słowy posiadanie określonej świadomości nie jest tożsame z postępowaniem, jakie ta świadomość powinna implikować. Zresztą, jak podkreśliłem na początku tego artykułu, motywacje ludzkiego działania nie wynikają ze świadomości, ale z ułomnej ludzkiej natury.

Sięgnijmy również po pewien przykład historyczny. Powszechnie znana demokracja ateńska działała poprzez uchwały podejmowane większością głosów przez wszystkich obywateli na publicznych zgromadzeniach. Pomijając fakt, że za obywatela uważano wtedy wyłącznie rodzimego ateńczyka płci męskiej, to można by rzec, że państwem rządziła społeczność dojrzała, a działo się to przecież niemal 3000 lat temu. Wydaje się również, że to grono wiedziało, czego chce i do czego dąży. Dlaczego zatem obywatele ateńscy mogli spotykać się często na agorze, dyskutować i podejmować decyzje, a my, zrzeszeni w PLOUG nie możemy nawet zebrać quorum na Walnym Zgromadzeniu? Czy przypadkiem gromada niewolników, w ciężkim znoju pracujących na obywateli ateńskich, nie jest tą „drobną” różnicą? Współczesny świat, w jakim mamy szczęście, bądź jak twierdzą inni, nieszczęście egzystować, wymusza na ludziach szereg działań koniecznych, poczynając od prozaicznego zdobywania środków finansowych potrzebnych do życia w świecie, gdzie za wszystko trzeba płacić. Wszechogarniająca komercja jest tą przysłowiową kropką nad „i”, która skutecznie odstręcza ludzi od działalności nieprzynoszącej wprost korzyści, zarówno o charakterze materialnym jak i niematerialnym. To stanowi przyczynę, dla której trudno znaleźć kandydatów na honorowe stanowiska w zarządach stowarzyszeń, zaś listy wyborcze do parlamentu pękają w szwach. Nie może zatem dziwić, że wbrew temu co pisze Iwona Bartczak, zarządy stowarzyszeń też działają, mówiąc delikatnie dość powściągliwie i często trudno się dopatrzyć u nich szczególnej aktywności.

Systemy informatyczne są ułomne i pełne błędów, a jednak funkcjonują i co więcej są fundamentem dla coraz większych obszarów działalności. Natura ludzka jest nie mniej ułomna, a mimo to społeczeństwo również lepiej, bądź gorzej funkcjonuje. Tak jak nikt nie jest w stanie wyprodukować bezbłędnego kodu, tak i próba zmiany ludzkiej natury jest bezowocna. Ale przecież w słabości – siła. Zostawmy filozofom snucie rozważań o bytach idealnych i skupmy się raczej na działaniach, które będą skuteczne w warunkach istniejących realnie.

Ponieważ buduje się trudno, a niszczy łatwo, więc nie uważam, by było zasadne stawianie fundamentalnego pytania o sens dalszego istnienia naszego Stowarzyszenia. Jeżeli nawet obecnie widać pewną stagnację, to należy podejść do tego ze zrozumieniem i spokojem. Być może na tę chwilę nie można, z różnych powodów zrobić więcej, lub też nie ma takiego zapotrzebowania w gronie członków. Posługując się analogią do systemów informatycznych – tak jak w programie istnieją fragmenty kodu nieużywanego, zaprojektowanego do przyszłego użycia, tak i PLOUG można traktować w tej kategorii. Stowarzyszenie jest znane, ma wyrobioną w środowisku informatycznym markę, posiada struktury i aktywa: portal, czasopismo oraz trwale wpisaną w kalendarz imprez doroczną konferencję. A zatem jest w stanie w każdej chwili podjąć nowe zadania i wyzwania, o ile tylko pojawiają się takie potrzeby oraz oczywiście osoby, chętne by zaangażować się w ten proces.

Tak jak w każdym innym stowarzyszeniu, tak i u nas są wybrane władze, zobowiązane do kierowania organizacją, pewna grupa członków aktywnie uczestniczących w życiu Stowarzyszenia i pozostała część nie wykazująca wyraźniejszych objawów aktywności. Ponieważ jednak organizacja istnieje dla swoich członków, to przynajmniej dwa aspekty działalności muszą być realizowane. Po pierwsze, trzeba realizować aspekt zrzeszenia, czyli stwarzać warunki do kontaktów i wymiany opinii członków oraz naboru nowych. Po drugie, realizować praktycznie te cele, które są zapisane w statucie.

W tym miejscu chciałbym skierować poważne słowa krytyki wobec Zarządu, który moim zdaniem, zaniedbał poważnie pierwszy aspekt, pozostawiając go niemal wyłącznie w obszarze nieformalnym. Dlaczego coroczna Konferencja, organizowana przecież dla członków Stowarzyszenia, nie zaczyna się właśnie od takiego oficjalnego i otwartego spotkania członków oraz osób potencjalnie zainteresowanych przystąpieniem do organizacji? Aspekt organizacyjny znajduje się w tle, przytłumiony merytoryczną stroną Konferencji. Zatraca się w tym momencie całą otoczkę zrzeszeniową, zaś Konferencja niewiele odbiega charakterem od innych z tej branży. Również archaiczny i nieefektywny sposób przyjmowania nowych członków jest skuteczną barierą napływu „świeżej krwi”. Pora uświadomić sobie, że epoka „ojców założycieli” już minęła, a szybkość zmian w otaczającym świecie wymusza i u nas konieczne zmiany.

To nieprawda, że celem Zarządu ma być motywowanie członków do działania, jak chciałaby autorka artykułu, na który się powołuję. Takie działania są prowadzone w komercyjnych firmach i mają na celu wzrost efektywności pracy, a nie w stowarzyszeniach, do których przynależność jest całkowicie dobrowolna. Stowarzyszenie będzie istnieć tak długo, jak długo będą chętni do niego przynależeć. Obowiązkiem każdego zarządu jest jedynie zapewnienie ciągłości działania, również poprzez przyjmowanie nowych członków, dla których organizacja jest miejscem realizacji ich potrzeb.

Rozważania o naturze ludzkiej skłaniają do zastanowienia się nad przyjęciem pewnych pragmatycznych rozwiązań, skutkujących nową jakością w Stowarzyszeniu. Może już pora, by rozważyć potrzebę etatowości w Organizacji, a nawet we władzach? Na pewno nie może ustawać dyskusja nad potrzebami członków, gdyż to oni stanowią o istnieniu Stowarzyszenia. Zrozumienie tego wspólnego interesu jest kluczem do dalszego istnienia organizacji. Właśnie pozbycie się złudzeń, co do ideowej przyczyny przynależności i oparcie się na twardym gruncie rzeczywistości jest gwarantem przyszłości wszelkich organizacji, wśród których PLOUG nie jest wyjątkiem.