Już się nigdy nie spotkamy

Bohdan Szymczak

Jesień była od lat tradycyjnym okresem wzmożonej organizacji wszelkiego rodzaju konferencji, zjazdów i sympozjów. Aktywność konferencyjna naszej ulubionej firmy Oracle również wzrastała w tym czasie. W tym roku, idąc z duchem czasu, Oracle zaprosił praktycznie nieograniczone grono gości na pierwszą wirtualną konferencję „Dni Otwarte Oracle – Virtual Event”.

Tradycyjna konferencja wiąże się zawsze z uciążliwością dojazdu na miejsce, szczególnie kłopotliwą w polskich warunkach; to także konieczność poniesienia kosztów udziału i pobytu, ale przede wszystkim trudność w znalezieniu wolnego czasu, w wypełnionym codzienną pracą i obowiązkami życiu zawodowym. Szczególnie świat informatyczny ma z tym problemem najwięcej kłopotów, zaś zgodnie z prawem Murphy’ego, zawsze okazujesz się niezastąpiony właśnie wtedy, gdy odbywa się interesująca Cię konferencja.

To, co jest nie do rozwiązania w świecie rzeczywistym okazuje się rozwiązywalne w świecie wirtualnym. Wystarczy przenieść konferencję ze świata zbudowanego z atomów do świata zbudowanego z bitów. Następnie wystarczy ten sztuczny świat podłączyć do Internetu, po czym otworzyć do niego szeroko dostęp dla każdego chętnego.

Prawa wirtualnego świata

Świat wirtualny rządzi się innymi prawami – tu uczestnik swobodnie steruje czasem, miejscem i działaniem. Nie miałeś czasu dołączyć do imprezy w sieci, w czasie, gdy trwała? Nic straconego – w każdej chwili możesz to zrobić ponownie. Wystarczy uruchomić przeglądarkę i wyruszyć w podróż do http://events.unisfair.com/rt/opndays~oracle. A jeśli szczęście Ci dopisze, spotkasz w tym świecie innych spóźnialskich lub zagubionych i będziesz mógł wymienić się z nimi wrażeniami, poglądami, opiniami…

Po wejściu do cyfrowego świata wykreowanego przez organizatora, powita Cię miła pani i jakkolwiek wydaje się, że jest to nagranie żywej i prawdziwej osoby, to jednak nie budziłoby niczyjego zdziwienia, gdyby okazała się symulacją komputerową. No cóż, technika animacji jest już tak rozwinięta, że niczego nie można być pewnym w świecie wirtualnym.

Występując w roli gospodyni, pani udzieli Ci instrukcji postępowania, a dalej już swobodnie możesz decydować, jak chcesz uczestniczyć w Konferencji – które wykłady obejrzeć, jakie dokumenty pobrać, względnie z kim porozmawiać dołączając do klubowego chatu.

Nie jest moim celem streszczenie Konferencji, ostatecznie Internet i przeglądarka nie są bynajmniej towarem deficytowym. Chciałbym tylko podkreślić, że – jak przystało na „poważną” konferencję – odbywa się ona w dziewięciu językach i co może być niespodzianką, jednym z nich jest również język polski. A więc polski potencjał Oracle’owy, podobnie jak czeski i turecki, został wreszcie dostrzeżony z dalekiej Ameryki!

Każdy, kto kiedykolwiek siedział na sali konferencyjnej, słuchając z mniejszą lub większą uwagą prelegenta, prowadzącego pasjonujący/ciekawy/ważny/nudny/bezsensowny (niepotrzebne skreślić) wykład, pamięta obraz słuchacza dzielnie walczącego ze snem. Zawsze znajdzie się taki wojownik, zaś wynik walki bywa różny i często trudny do przewidzenia.

To, co nieosiągalne w realu, jest banalnie proste w świecie wirtualnym – jedno kliknięcie myszką, przesunięcie suwaka i już słychać jak prelegent dziękuje za uwagę i rozpoczyna się nowy temat. Inna sprawa, że można w ten sposób łatwo przeoczyć clou wypowiedzi.

Kiedy tradycyjna konferencja się kończy, uczestnicy rozjeżdżają się do domów zabierając bagaż wspomnień, gamę wrażeń i cieńszą lub grubszą teczkę materiałów konferencyjnych, której lwią część stanowią zwykle reklamy produktów sponsorów, bądź organizatorów. Wszyscy wiemy, jaki los spotyka 90% z nich – lądują w koszu na śmieci, zaś największym sukcesem jest, jeśli trafią do recyclingu, a nie na wysypisko.

I tu widać aspekt ekologiczny konferencji wirtualnej, całość materiałów ma bowiem postać elektroniczną, więc nawet jeśli ostatecznie trafią do kosza, to i tak jest to tylko ikona na pulpicie.

Wgłębiając się dalej w aspekty psychologii uczestnika konferencji, trzeba poruszyć problem pytań z sali. Ileż z nich nigdy nie zostało zadanych, bo uczestnik krępował się zabrać głos? Na ile zabrakło czasu, bo następny prelegent czekał w kolejce? Ileż myśli nie opuściło nigdy umysłów właścicieli?

Na szczęście nadszedł kres tego marnotrawstwa. Dla skrępowanych istnieje anonimowość, dla próżnych okazja do face liftingu zdjęcia z czasów chwalebnej młodości, zaś dla wszystkich – niczym nieograniczona wolność wypowiedzi.

Wreszcie problem stoisk wystawowych znalazł ostateczne i właściwe rozwiązanie. Są otwarte całą dobę, pełne 24 godziny przez 7 dni w tygodniu i to aż do 31 maja przyszłego roku. Do tej daty organizatorzy postanowili udostępniać Konferencję w Internecie.

Nierozwiązany pozostał tylko problem przerwy kawowej, bo choć każdy może zaordynować sobie przerwę w dowolnej chwili, to jednak kawę bądź herbatę musi zorganizować sobie samemu, podobnie jak konferencyjne ciasteczka.

Wirtualny kontra prawdziwy

Po tych peanach i zachwytach nad wirtualnym światem konferencyjnym, przychodzi jak zwykle refleksja. Czy taka forma konferencji jest znakiem czasów, możliwości technicznych, czy też raczej symptomem światowego kryzysu i dążenia do minimalizacji kosztów?

Moda na światy wirtualne jest niewątpliwie domeną gier sieciowych, zapewne były one tu w jakimś stopniu inspiracją, podobnie jak możliwości dotarcia w tej formie do takiej liczby odbiorców, która w żadnym innym przypadku nie znalazłaby się na konferencji.

Cięcia kosztów, szczególnie w środkach służących promocji bądź reklamie, jest już wszechobecne. Kolejne darmowe wydawnictwa przestają ukazywać się w formie papierowej, pozostają wyłącznie w formie elektronicznej, zatem naturalną koleją rzeczy musiała być zamiana rzeczywistej imprezy typu „dni otwarte” na formę wirtualną.

Zapewne w przyszłości, być może wcale niezbyt odległej, stopień wirtualizacji i symulacji rzeczywistości będzie jeszcze większy – różnica będzie pewnie taka, jak pomiędzy dagerotypem a hologramem. Nie mam wątpliwości, że pokusa organizatorów, by spotkania organizować tylko w świecie wirtualnym, będzie wtedy tak silna, że już się nigdy nie spotkamy osobiście, co jednak konstatuję z wielkim smutkiem.

Jednak na pytanie, czy świat wirtualny będzie w stanie zastąpić ten prawdziwy, nie ma jeszcze dziś odpowiedzi. Zarówno skrzynie profesora Corcorana z genialnych wizji Stanisława Lema, jak i współczesne pomysły Matrixa, wciąż pozostają tylko w sferze fantazji literackich i filmowych.

Nikt nie zaprzeczy, że dzisiaj konferencja wirtualna może być suplementem tej rzeczywistej, ale również prawdą jest, że na pewno pozostaje ona wciąż substytutem a nie alternatywą.

Konferencje i podobne jej imprezy, organizowane w formie wirtualnej będą z pewnością coraz częstsze. Ja jednak mam nadzieję, że doroczna Konferencja PLOUG jeszcze przez szereg lat będzie odbywała się w Zakopanem lub gdziekolwiek indziej, byle tylko w świecie rzeczywistym.

A swoją drogą, czy nie czujecie delikatnego niepokoju, że produkty promowane w świecie wirtualnym mogą być również wirtualne?