Don Kichoci – z niskiej chęci zysku

Jak to zwykle bywa, najciekawsze wydarzenia spotkań takich jak listopadowa szkoła PLOUG wymykają się planom i harmonogramom. Dyskusja o problemach tworzenia systemów informatycznych w oparciu o narzędzia firmy Oracle nieoczekiwanie zeszła z płaszczyzny softwareŤowej na filozoficzno – społeczną.


Ponure statystyki notują, że 80% dużych projektów informatycznych kończy się fiaskiem. W obliczu wszechogarniającej informatyków rozpaczy, mało kto zwracał więc uwagę w kierunku narzędzi. I słusznie. Wszakże to wszystko jedno przy pomocy jakiego narzędzia naszego projektu nie ukończymy.


Poszukiwanie winnych tak niskich efektów działania informatyków przy wykorzystaniu tak wysoce zaawansowanej technologii, stosunkowo szybko przeniosło się na płaszczyznę filozoficzno – społeczną, a poglądy dyskutantów spolaryzowały się wokół dwóch antagonistycznych obozów. Już po chwili uczestników dyskusji podzielić można było na „Obóz Zgorzkniałych Użytkowników” i „Obóz Najemnych Programistów”.


„Najemni Programiści” zgodnym chórem wytykali swym zleceniodawcom brak sprecyzowanych jasno oczekiwań i potrzeb. Wszak dowiedzione jest, że informatyk to nie to samo co czarodziej, a zinformatyzowany bałagan nie staje się ani trochę mniejszy, wręcz przeciwnie – jest za to znacznie droższy od poprzedniego. W tym miejscu rodzi się pytanie: co trzyma informatyków przy tak niewdzięcznym i nie rokującym na sukces zajęciu?


Oto jest nią „Niska chęć zysku !” – informatyk też człowiek – ma rodzinę, drobne dziatki i zewsząd słyszy od znajomych jak dobrze powinien zarabiać.


„Obóz Zgorzkniałych Użytkowników” charakteryzowała teza o tzw. odpowiedzialności zbiorowej. To społeczeństwo końca XX wieku w swojej ciemnej masie nie potrafi skonsumować dobrodziejstw panoszącej się wszędzie informatyzacji. Ponadto brak na rynku informatycznym elastycznych przenaszalnych systemów informatycznych, które raz napisane można by używać w dziesiątkach implikacji, wymusza pisanie systemów na zamówienie. Trudno jednak mówić o uniwersalnych systemach skoro ich potencjalni użytkownicy (reprezentowani na sali w policzalnej ilości) nie byli zgodni co do tego czy system taki może istnieć. Tak więc dla jednych uniwersalny przenaszalny system informatyczny to droga do obniżenia kosztów informatyzacji, dla innych objaw powracającego centralizmu i odgórnego narzucania rozwiązań.


Z pewnością łatwiej znaleźć zespół informatyków, który podejmie się „opisać” naszą zaściankową rzeczywistość niż dopasować organizacje Naszego Kochanego Przedsiębiorstwa do wzorców opartych na logice i zdrowym rozsądku. Co do tego ostatniego, to nie jest on niestety najlepszym argumentem w dyskusji z potencjalnym klientem. Nawet jeśli w „normalnym” stabilnym ekonomicznie i politycznie państwie przepisy nie zmieniają się częściej niż pory roku, to i tak użytkownik zdoła dowieść nam, że pani Marysia musi trzy razy okrążyć biurko starszego referenta przeciwnie do kierunku wskazówek zegara trzymając w lewej ręce załącznik nr 11 – bo taka jest specyfika Naszego Zakładu.


Już Kartezjusz stwierdził że : „Zdrowy rozsądek jest najbardziej rozpowszechnionym produktem na świecie, ponieważ wszyscy są przekonani że go posiadają”. W szczególności posiadają go w ogromnych ilościach kierownicy dużych projektów informatycznych. Informatycy pionierzy – specjaliści wdrażający ongiś systemy o niepodważalnym znaczeniu historycznym, ale dziś często tylko historycznym. Zasada Toma Gilbsa : „Jeśli nie wiesz, co robisz, nie rób tego na dużą skalę” zawarta w „Principles of Software Engineering Management” nie spędza im snu z powiek, wręcz przeciwnie: przecież Polak potrafi, a komputery to dla nas nie pierwszyzna.


Polska jest i jeszcze przez jakiś czas będzie krajem, w którym kadra kierownicza dobierana jest wg klucza wieloletni – zasłużony, zaś profesjonalny manager jest wciąż wynalazkiem obcej cywilizacji. Na nic zda się kształcenie młodych, zdolnych i gniewnych informatyków w sytuacji, gdy pracą ich nie rządzą zdrowe ekonomiczne i organizacyjne zasady. Nawet z doskonałej „zachodniej technologii zarządzania ” można zrobić religię opartą na biurokracji, będącą niezawodną maszyną do produkcji błyskotliwych sprawozdań i planowania dalszych intensywnych starań. To tak właśnie kierowane projekty „mają zwykle swój początek, dużo zamieszania i nie mają końca”- cytując za anonimowym mędrcem, a może tylko praktykiem informatyzacji.


Nader często jeszcze dorobienie się przez przedsiębiorstwo własnego systemu informatycznego porównać można do Kowalskiego który w kwiecie wieku dorobił się „malucha”. I nic to, że nie wygląda on jak Rolls Royce z okładki kolorowego magazynu. A jeśli rzeczywiście jest trochę za mały i za wolny to przecież nie musimy nim jeździć – wystarczy, że go mamy !

I wszyscy o tym wiedzą.

Jadwiga Gnybek