Definicja nieaktywnego członka

Walne zebrania podobnie jak akademie ku czci – kojarzą
się nieodparcie z tasiemcową nudą i beznadziejną powagą. Dlatego też być
może imprezy takie cieszą się nieodmiennie niższą frekwencją niż ognisko
z kiełbaską. Notabene, brak kolacji poprzedzającej takowe imprezy stawia wygłodniałych
konferencjuszy w sytuacji bez wyjścia. Zupełnie inaczej (więc nie wiadomo,
czemu niekonsekwentnie) rzecz się ma z Walnymi Zebraniami członków naszego
stowarzyszenia. Tu najedzeni kolacyjnym posiłkiem konferencjusze mają do
wyboru piwo w barze na dole, spacer przy blasku księżyca lub telewizor w
pokoju. Nie dziw więc, że perspektywa kilku godzin w konferencyjnym foteliku
nie znajduje zbyt wielu amatorów.

A to błąd!

Nieprzeciętny konferencjusz, bo przeciętni do Kościeliska
nie przyjeżdżają – po cóż bowiem przeciętnemu pracownikowi dyrekcja
miałaby fundować taki jesienny wypad w góry – nawet nie podejrzewa, jak
ważkie kwestie mogą być rozstrzygane na takim zebraniu.

Nasz nieprzeciętny konferencjusz nawet nie spodziewa się,
jak głęboko ludzkie problemy leżą w centrum uwagi najwyższych władz
stowarzyszenia.

Jednym z podstawowych celów naszych zwoływanych co 3 lata
spotkań jest wspólne zastanowienie się, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy.
Po co się stowarzyszamy i co chcemy osiągnąć. Niestety analizując liczbę
członków zapisanych z listą członków obecnych na zebraniu, łatwo zauważyć
sporą różnicę. Cóż więc w praktyce oznacza członkostwo w stowarzyszeniu:
dla 90% członków PLOUG podpisany papierek z deklaracją i zapłacone tuż
przed konferencją składki – rzecz jasna nie tyle z poczucia przyzwoitości
co w nadziei na wymierne korzyści w postaci konferencyjnej zniżki. Pozostała
część stowarzyszenia dzieli się na 5 % aktyw i 5% grono sympatyków aktywu.

Nie wygląda to najlepiej, ale taka jest naga prawda. Należy,
więc postawić sobie po raz kolejny pytanie: Czy jest to sytuacja normalna i
czy można temu marazmowi jakoś zapobiec?

Zapewne można, tylko trzeba mieć na to dobry pomysł. Wiemy
już, jak zainteresować konferencjuszy ciekawym i różnorodnych programem, wykładami,
tutrorialami i warsztatami. Wciąż jednak nie mamy pojęcia, co z owym
konferencjuszem zrobić wieczorem.

Ku mojej niezmiernej radości bardziej z powodu recesji niż
głębokiej reelekcji, na tegorocznej konferencji zabrakło imprez
sponsorowanych, czyli darmowego piwa i papierowych czapeczek. Ogólnie rzecz
biorąc, inteligentny i poważny informatyk nie był w tym roku nakłaniany do
robienia z siebie idioty (piszę to na własne ryzyko – bez konsultacji z
organizatorami imprez!) w celu zdobycia tuszu do drukarki czy podkładki pod
mysz. Ten poziom rozrywki nie jest bynajmniej naszym wymysłem – ten kto
był w Kopenhadze, widział jak firma… nie ważne jaka, nakłaniała tłum
do skandowania swojej nazwy w zamian za rzucane gawiedzi T-shirty. I – nie
powiem – imprezy cieszyły się sporym poklaskiem.

Toteż jako zupełny fenomen przyjęłam tegoroczny występ
Aloszy Awdiejewa, który dość daleki jest od proponowanego nam dotychczas
disco-polo, choć – jak sam o sobie mówi – uprawia rusko-polo.
Zawsze to krok naprzód.

A w tym marszu pod intelektualną górę przed zarządem
walne zgromadzenie postawiło nie lada zadanie. Ma on bowiem zdefiniować
nieaktywnego członka, czyli osobnika, który kiedyś nieopatrznie do
stowarzyszenia wstąpił, ale nie ma zamiaru wykazywać w kierunku integracji z
grupą żadnych starań. W chwili obecnej członkiem stowarzyszenia jest się,
co najmniej dożywotnio. Niewątpliwie gwarantuje nam to stale rosnącą krzywą
uczłonkowienia środowiska – ale czy nas to cieszy?

Ogłaszam więc konkurs na definicję nieaktywnego członka
stowarzyszenia.

Nagrody – będą!

Jadwiga Gnybek
Jadwiga_Gnybek@nofer.lodz.pl