Kij w mrowisko,czyli jak uszczęśliwić członka

Moja mama zawsze mówiła, że głupiego praca sama znajdzie.
Prawda ta, choć pochodzi z tak zwanej ubiegłej epoki, nadal sprawdza się
doskonale. Inną prawdą życiową, równie łatwą do udowodnienia na przykładach
z życia wziętych, jest zasada „nie wychylaj się, bo jak cię zauważą
to wlepią ci coś do roboty”. Każdy, kto ma dzieci w tak zwanym wieku
szkolnym, choć raz przeżył moment wyboru trójki klasowej. Pięć minut
grozy! Wszystkie oczy wbite w blaty ławek. Byle tylko nie sprowokować
wychowawczyni nieopatrznym spojrzeniem, które zaowocować może bezlitosnym
wyrokiem: A może pan Kowalski wspomoże w pracach naszą panią
skarbnik… Jąkający się, przyparty do muru tato Kowalski miota się w
ambiwalentnych odczuciach. Z jednej strony, tylko tego mu jeszcze brakowało na
głowie.
Z drugiej, lepiej nie narażać się wychowawczyni, wszak Jasio orłem z
matematyki nie jest… Z trzeciej strony, ta Nowakowa znowu będzie decydowała,
co kupujemy na imieniny Pani Dyrektor, ale z czwartej strony, to niech się tym
zajmują ci, którzy nie mają nic innego do roboty.

Przed dylematami takimi stajemy niemal wszyscy, ilekroć próbujemy
wyrobić sobie własne zdanie na jakiś temat. Z jednej strony, nie bardzo nam
to pasuje, z drugiej nie chce nam się w to wtrącać, bo to najlepszy sposób
na znalezienie sobie nowych obowiązków i wrogów.

Wprawdzie pamiętam czasy, kiedy bardzo chcieliśmy
demokracji i możliwości samostanowienia, ale w codziennej praktyce szybko
okazało się, że to strasznie męczące zajęcie i najlepiej zwalić to na
kogoś innego – usiąść w fotelu i spokojnie pokrytykować.

W kontekście przedstawionych powyżej przemyśleń, od lat
już kilku zachodzę w głowę, po co ludzie się zrzeszają, skoro zaraz potem
przestaje ich to z reguły obchodzić. Regułę tę udowadnia frekwencja na
kolejnych walnych zebraniach naszego stowarzyszenia. Uczłonkowienie środowiska
oraclowego rośnie z roku na rok. Wydaje się, że dynamika ta jest wprost
proporcjonalna do różnicy w opłacie konferencyjnej członka i nieczłonka.
Ale to uogólnienie jest, myślę, krzywdzące dla części osób podejmujących
trud wstąpienia to stowarzyszenia. Nie ma co ukrywać, przynależność do
naszego grona nie jest tak ceniona jak członkostwo w Rotary Club. Mimo to członków
przybywa.

Kim jest nasz statystyczny członek? Raczej praktykiem niż
naukowcem. Raczej pracownikiem niż kierownikiem. Raczej młodym – jeśli nie
ciałem, to duchem. I raczej nieaktywnym niestety.

Wprawdzie do tego ostatniego nikt póki żyje się nie
przyzna, bo na mój apel o definicję nieaktywnego członka nie nadeszła żadna
odpowiedź… Nikt z nas zatem nie widział nieaktywnych członków, nie ma
takiego problemu – a ja się czepiam.

I właśnie, dlatego że się czepiam, chcę wiedzieć, po co
i dlaczego Zarząd Stowarzyszenia uhonorował mnie funkcją członka uszczęśliwiającego
pozostałych członków.

W ten błyskotliwy sposób znalazłam sobie problem i
stanowisko – niestety bez apanaży. Będę Was zatem, w kolejnych
felietonach z cyklu „kij w mrowisko” prowokować i oburzać. Ponieważ
tylko w ten sposób udaje mi się czasem uzyskać jakiś oddźwięk, jakiś znak
dobywający się z czarnej dziury, w jaką wrzucam swoje teksty.

Nie powiem, miewałam już małe sukcesy. Czas jakiś temu,
po dwóch z rzędu felietonach z cyklu „jak to trudno być oraclowcem
wyedukowanym i pozostającym w partnerskich stosunkach z centralą”, głos
z czarnej dziury (czyli rzadkie zjawisko odzewu czytelników) napisał (zacytuję
w skrócie) „niech się pani Gnybek nie martwi – damy sobie radę”.
I faktycznie przestałam się martwić, a jak było tak jest.

Teraz zabieram się za stowarzyszenie. W konsekwencji, albo
zarząd postanowi mnie wyrzucić na pysk (jeśli tylko statut na to pozwoli),
albo (w myśl cytowanych na wstępie zasad) dołoży mi obowiązków.

W kolejnych felietonach postaram się zatem wyjaśnić:

  • Według jakiego klucza wybieramy władze?

  • Czy jesteśmy organizacją konsumencką czy kółkiem
    wzajemnej adoracji?

  • I oczywiście jak podnieść prestiż naszego
    stowarzyszenia do rangi ekskluzywnego klubu graczy w polo?

A teraz chciałabym podziękować wszystkim naszym
czytelnikom za wytrwałość.

To już 25 numer naszej gazety!

Ho, ho! Muszę zacząć czytać projekt ustawy o radiofonii i
telewizji – jeśli ma nastąpić podział rynku mediów, to przecież nie beze
mnie!

Redaktor znów Naczelna
Jadwiga Gnybek
Członek Zarządu PLOUG
ds. uszczęśliwiania pozostałych członków