Kij w mrowisko,czyli według jakiego klucza wybieramy władze?

Już starożytni mieli z tym problem. Miotali się pomiędzy
totalną demokracją, a absolutną tyranią jednowładcy. I choć po smutnych doświadczeniach
greckich państw miast, wreszcie ktoś zaryzykował stwierdzenie, że demokracja
to najgorszy z ustrojów, on sam po dziś dzień nie daje temu wiary i na własnym
jeszcze żywym organizmie przeprowadza coraz to nowe eksperymenty.

Na dużych populacjach eksperymenty takie przeprowadza się
regularnie, co kilka lat, bądź to pod nazwą wyborów parlamentarnych, bądź
prezydenckich, czy wreszcie samorządowych. W nieco zawoalowanej formie mają
one nazwę referendum, do którego jeszcze trudniej zagonić populację niż do
pozostałych form głosowania. Ale powiedzmy sobie szczerze: zapędzić populację
to jedno, a wybrać coś z sensem to zupełnie inna sprawa.

Co tu dużo gadać – wszyscy od czasu do czasu dopadani jesteśmy
wiadomościami z życia naszych elit politycznych i jakoś, co byśmy nie
wybrali, to i tak mamy „i śmieszno i straszno”.

Takie ekscytujące wydarzenia mają miejsce również w
naszym stowarzyszeniu. Średnio, co trzy lata, podczas zakopiańskiej
konferencji, w przeciągu kilku godzin przeżywamy kampanię przedwyborczą i
wybory nowych władz PLOUG.

Oczywiście nie jest to nic nadzwyczajnego, skoro łączy się
w stowarzyszenie kilkadziesiąt lub nawet kilkaset osób, ktoś tym wszystkim
musi zawiadywać. Choć – jak wskazuje doświadczenie – jedynie co 10, a może i
co 15 członka stowarzyszenia obchodzi, przez kogo będzie zawiadywany, a w
zasadzie reprezentowany. Gdyż nasz prezes nie tyle rządzi, co reprezentuje.

Dla ustalenia uwagi kilka faktów:

  • Zarówno prezes jak i członkowie zarządu nie otrzymują
    z tytułu piastowania tych urzędów żadnych pieniędzy.
  • Ze sprawowaniem urzędu nie łączą się automatycznie
    żadne bonusy typu wyjazd na bankiet do Larrego, służbowy samochód,
    sekretarka czy komputer.
  • Wszystkie apanaże pozyskiwane z kasy stowarzyszenia nie
    są związane z zasiadaniem z zarządzie, wiążą się jedynie z pracami
    podejmowanymi na rzecz realizacji zleceń zamawianych przez stowarzyszenie i
    związanych z organizacją konferencji, wydawaniem gazety itp.

Po co zatem kandydować do władz stowarzyszenia?

To trochę jak z samorządem uczniowskim. Z jednej strony nic
konkretnego z tego nie wynika z drugiej zaś można decydować o tym, co i jak będzie
się w stowarzyszeniu działo.

Innym motywem aktywności w takich gremiach może być chęć
kolekcjonowania ciekawych wpisów do życiorysu i wizytówek. Członek zarządu
stowarzyszenia profesjonalistów – to brzmi nieźle, a zacytowane w dobrze
dobranym czasie i miejscu może czasem otworzyć jakieś zamknięte przed nami
drzwi lub upoważnić nas do nawiązania znajomości, które skapitalizować możemy
już zupełnie na własny rachunek.

Oczywiście sedno problemu tkwi w umiejętności wyboru
ludzi, którzy będą nas – jako zbiorowisko specjalistów skupionych wokół
ulubionej przez nas technologii – reprezentować.

Niestety, realnie rzecz biorąc szanse mamy niewielkie i
jedyna nadzieja w tym, że większość kandydatów do władz motywowana jest
szczytnymi pobudkami.

Przyjrzyjmy się przez chwilę praktyce wyborów do władz
PLOUG, choć śmiem twierdzić, że nie jesteśmy wśród stowarzyszeń żadnym
wyjątkiem. Nasz szeregowy członek raz do roku przyjeżdża na zakopiańską
konferencję. Nie wiemy czy jest członkiem aktywnym czy nieaktywnym, bo nadal
nie mamy definicji rozróżniającej status PLOUGowicza. Będziemy więc nazywać
go szeregowym, dla odróżnienia od członka nieszeregowego, czyli członka zarządu.
Nasz szeregowy członek dostaje do ręki materiały konferencyjne i dowiaduje się,
że jeden z wieczorów zamiast w barze (przy najczęściej darmowym piwie) ma spędzić
na Sali Konferencyjnej na Walnym Zebraniu członków stowarzyszenia. No, to
akurat nie do końca prawda, bo wcześniej dostał list polecony z zaproszeniem
na zebranie, ale dawno zdążył go zapodziać w stosie innych papierzysk. Wróćmy,
więc do historii naszego zwykłego członka. Decyzja nie jest prosta: wszak każdy,
kto choćby raz był na walnym wie, że szybko się to nie kończy, trzeba uniknąć
kandydowania do licznych dziwnych komisji i na koniec czeka nas głosowanie nad
niezmiernie ważnymi kwestiami, o których zwykle mamy mizerne pojęcie. Pewnie
stąd właśnie niska frekwencja na naszych zebraniach. W sumie przecież lepiej
być młodym i zdrowym niż chorym i biednym więc, czemu nie do baru…?

Ale załóżmy optymistycznie, że nasz szeregowy członek
należy do 10% członków na tyle zaangażowanych w życie stowarzyszenia lub
jest nieroztropnie ciekawski i na zebranie przyszedł. Już po kwadransie
dowiaduje się, że aby zebranie było statutowo ważne, musi na nim być co
najmniej połowa członków, co w praktyce naszego stowarzyszenia miało miejsce
najprawdopodobniej jedynie na zebraniu założycielskim. Na szczęście istnieje
instytucja walnego zebrania zwołanego w drugim terminie i tylko dzięki niej
jakiekolwiek postanowienia mogą być przez stowarzyszenie podejmowane. Tak więc,
po upływie akademickiego kwadransa mamy walne zebranie zwołane w drugim
terminie i rozpoczyna się 10 minut grozy, czyli wybory do niezliczonych ciał
wspomagających walne ustawodawstwo. Z i tak nielicznego grona obecnych na Sali
wybrać jeszcze trzeba komisję skrutacyjną, mandatową i wniosków, nie
wspominając o przewodniczącym i sekretarzu – jednym słowem każdy walnie
zgromadzony członek ma szansę się wykazać. Przebrnąwszy przez procedurę
startową, członek wysłuchuje sprawozdania odchodzącego zarządu. Dowiaduje
się ile konferencjo-godzino-osobo-śniadań zorganizowano w mijającej kadencji
i o ile procent wzrosło uczłonkowienie środowiska, o którym pisałam w
poprzednim felietonie. Jak można się było spodziewać, kończąca się
kadencja przebiegła pod znakiem sukcesów. Następnie z wystąpienia
przewodniczącego komisji rewizyjnej dowiadujemy się, że w dokumentacji
stowarzyszenia brakuje w pięciu miejscach daty i dwóch podpisów na protokołach,
co jednak nie stanowi podstawy do zakwestionowania uczciwości i dobrej woli
odchodzącego zarządu. Oczywiście nie pozwolę sobie na najniewinniejszy nawet
żart ze sprawozdania finansowego stowarzyszenia, które akurat jest sprawą śmiertelnie
poważną. Na szczęście nie zdarzyło się w naszej kilkuletniej historii, aby
sposób gospodarowania finansami został przez jakiekolwiek ograny
zakwestionowany.

I wreszcie moment najważniejszy: wybór nowych władz.

Czy nasz zwykły członek chce zostać prezesem? Raczej nie.
W sumie nie wiadomo, ile z tym roboty i krawat trzeba by założyć. Ale gdyby
jednak sprawa krawata nie była kluczową, można by ten scenariusz rozważyć.

Co trzeba zrobić żeby zostać prezesem albo członkiem zarządu?

W najprostszym przypadku trzeba mieć na sali kolegę i dar
wymowy.

Ponieważ nasza ordynacja wyborcza nie przewiduje instytucji
komitetu wyborczego, wystarczy znaleźć na sali kolegę, który zgłosi naszą
kandydaturę, a potem już standardowo… opowiadamy, jak to będziemy całym
sercem, duszą i ciałem służyć sprawie i ile widzimy przed sobą światłych
celów.

W sumie można skrzyknąć się we dwóch i o ile potrafimy
przekonująco mówić przez 5 minut, mamy na następne 3 lata niezaprzeczalne
prawo podpisywania się mianem „członek zarządu”.

Wnikliwy czytelnik zauważył zapewne, że pisząca te słowa
jest już członkiem zarządu drugiej kadencji. Musiała więc przejść podobną
procedurę i jakoś jej to nie zniechęciło. W sumie prawda, choć nie do końca.
To, co naprawdę nie podoba mi się w systemie wyborów do władz to fakt, że
wyborów tych dokonuje się na podstawie słownych deklaracji, bez
merytorycznego rozliczenia z wykonania deklarowanych zobowiązań. Etykiete i
kurtuazja nie pozwala wszak na szczere oświadczenie „nie wybierajcie
Nowaka”. Podczas minionej kadencji Nowak nie zrobił w zarządzie nic pożytecznego.
W zasadzie w ogóle nic nie robił, a teraz znów mami elektorat elokwencją i
dobrze skrojonym garniturem.

Oczywiście bez takich informacji nawet regularny bywalec
walnych zebrań nie ma szans na rzetelną ocenę kandydatów.

Stąd moja propozycja zmian w ordynacji wyborczej do władz
stowarzyszenia.

Niechaj każdy z nowo wybranych członków zarządu napisze
na łamach naszej gazety, po co członkiem został i co chce dla stowarzyszenia
zrobić. Za trzy lata, przed kolejnym walnym zebraniem chętnie wydrukuję
sprawozdanie z indywidualnych osiągnięć każdego z nas. Ponadto proponuję,
aby kandydaci do władz następnej kadencji zgłaszani byli, a w zasadzie –
wyzbywając się niepotrzebnej pruderii – sami zgłaszali się na listy wyborcze
na kilka miesięcy przed walnym zebraniem tak, aby mieli szansę przedstawić się
wyborcom i ewentualnie rozliczyć się z obietnic danych przed trzema laty. Mamy
wszak listy dyskusyjne, mamy gazetę, spotykamy się na różnych PLOUGowych
imprezach. Spróbujmy wybierać nasze władze nieco bardziej świadomie.

Każdy z członków stowarzyszenia, który był na co
najmniej jednej konferencji wie, kto kojarzy mu się z pracą stowarzyszenia, a
kto jakoś poza warstwą deklaratywną nie rzucił mu się w oczy. Zarząd
powinien być przedstawicielem naszej społeczności, więc jeśli przez 3 lata
członek stowarzyszenia nie napotkał na ślady działalności członka zarządu
to znaczy, że wybrał niewłaściwą osobę.

Aby rozpocząć tę jeszcze nieukonstytuowaną procedurę,
poprosiłam członków nowowybranego zarządu, aby zechcieli na łamach naszej
gazety zadeklarować, co zamierzają w rozpoczynającej kadencji robić. Jeśli
chodzi o mnie – to będę marudziła. Będę wkładała kij w mrowisko, nie
pozwalając nam osiąść na laurach. Nic bowiem gorszego, niż niczym
nieuzasadnione samozadowolenie.

Redaktor znów Naczelna
Jadwiga Gnybek
Członek Zarządu PLOUG
ds. uszczęśliwiania pozostałych członków