Kij w mrowisko, czyli stowarzyszajmy się

Po ostatniej porcji moich utyskiwań nad kondycją naszego
stowarzyszenia, dopadły mnie wątpliwości dotyczące meritum sprawy. Głucha
cisza, jaka otacza moje obrazoburcze teksty, nasunęła mi refleksję następującej
treści:

Może ja po prostu nie mam nic do roboty i się czepiam?

Być może nasze stowarzyszenie nie odbiega od średniej
krajowej a może nawet zjednoczenie europejskiej?

Problem ten dręczył mnie długo, a dywagacje teoretyczne
nie przynosiły ulgi. W takich to bólach powstał szatański plan
stowarzyszenia się gdzieś jeszcze! Sprawdźmy jak to robią inni (najlepiej też
informatycy). Jak pomyślałam, tak zrobiłam i od kilku miesięcy jestem członkiem
klubu CIO, zrzeszającego najwybitniejszych szefów informatyki III
Rzeczypospolitej.

I tu na usta ciśnie się pytanie, skąd członek owego
stowarzyszenia wie, że jest wybitnym i czołowym?

Szef informatyki jest najwybitniejszym, jeśli jest członkiem
owego elitarnego klubu. I tu jeszcze raz tłustą czcionka chciałabym zaznaczyć,
że ja jestem!

Moja kilkumiesięczna kariera w tym klubie zaowocowała dwoma
felietonami, które niniejszym zamieszczam.

Bractwo TLSów

czerwiec 2003

Na początku mojej już dość długiej informatycznej
kariery nabyłam mądrość, która mimo upływu lat nic nie traci na aktualności.
Starzy informatycy wskazali mi sposób, w jaki mogę stać się prawdziwym
fachowcem. Otóż klasę prawdziwego fachowca-informatyka poznać można po ilości
znanych mu TLSów. Tu zdradzić muszę drugą wielką tajemnicę, czyli: co to
jest TLS.

TLSy są prawie tak stare jak informatyka i od wielu lat
niezmiennie popularne.

TLSy – czyli Trój Literowe Skróty.

Nie ma skuteczniejszego sposobu na uciążliwego użytkownika
jak zasypanie go TLSami tak, aby zupełnie stracił wątek rozmowy. Stąd, gdy
tylko na horyzoncie pojawia się nowy TLS, czym prędzej dołączam go do mojego
słownika.

Nic więc dziwnego, że klub CIO już w dniu zawiązania stał
się formacją elitarną będącą obiektem westchnień szerokiej rzeszy szefów
informatyki – jakkolwiek byliby oni w macierzystych jednostkach zwani.
Zupełnie wbrew poglądom Szekspira, w tym przypadku to piękno i tajemniczość
TLSa rzutuje na prestiż członka klubu. Być może róża pachniałaby tak samo
pięknie, gdyby różą się nie nazywała, ale CIO to zupełnie co innego niż:
DDI, KDI, GIZ czy o zgrozo SzI.* Można by rzec, słownictwo nobilituje i nie
zrozumie tego nikt, kto nie wyrósł wśród polskich wierzb płaczących. Wiem
to, bo sprawdziłam na zagranicznym egzemplarzu! Pracując kilka lat temu w międzynarodowym
projekcie próbowałam w obcym sobie języku angielskim wytłumaczyć poddanemu
korony brytyjskiej, dlaczego na większości etykiet produktów wyprodukowanych
w Polsce widnieją angielskie napisy. Pierwsza prymitywna myśl obcokrajowca
sugerowała, że produkty te bywają eksportowane, a opakowania są uniwersalne.
Była to myśl niepozbawiona logiki, ale naznaczona pewną – nazwijmy to przez
grzeczność – prostotą rozumowania. W rzeczywistości bowiem, polskie jabłko
znacznie lepiej smakuje z etykietką „APPLE made in Poland”. Wyjątek
stanowi tu niewątpliwie polska szynka konserwowa, która z powodu historycznych
zaszłości do dziś nazywa się HAM, sugerując co starszym konsumentom, że to
może być znów pachnący zachodnim luksusem odrzut z eksportu.

Idąc tym tropem postanowiłam dołączyć do szacownego
grona CIO, mając nadzieję, że sugerować to będzie moje wykraczające poza
szarość polszczyzny aspiracje.

Porzucając natomiast rozważania z pogranicza semantyki,
zastanówmy się chwilę nad pytaniem: Tak! Ale po co?

Stowarzyszenia i kluby zawiązują się i znikają, tylko
nieliczne z nich oparłszy się próbie czasu budują wokół siebie atrakcyjne
formy działalności połączone z wysokim prestiżem środowiskowym.

Jak będzie z naszym klubem – chyba jeszcze nie
wiadomo. Zrzesza on ludzi zwykle przepracowanych i niedocenianych. Na co dzień
odpowiadających za wszystkie grzechy użytkowników eksploatowanych systemów
oraz za błędy wszystkich programistów nowożytnego świata. W zamian za to,
tylko nieliczni zajmują poczesne miejsce w strukturze firmy, a ich praca
postrzegana jest jako niezbędna.

Zawód informatyka bardzo elitarny przed dziesięcioma laty,
stracił dziś znacznie na prestiżu i nie jest już owiany nimbem tajemniczości.
Ciężar gatunkowy stawianych przez informatyką zadań wyraźnie odsuwa się od
„walki” z oporną technologią w kierunku porządkowania, a czasem
nadzorowania obiegu informacji w firmie. Każdy informatyk pracujący poza
sektorem firm typowo „komputerowych” wie doskonale, że musi być
prawie tak mądry jak pani księgowa, kadrowa i magazynier razem wzięci. Na nic
przydają się tu TLSy w stylu LAN, WAN, TCP, PCI… a znacząco bardziej
przydatne są DLSy (dwuliterowe skróty) w stylu MM, PZ, KP… W praktyce
oznacza to tworzenie się funkcji dyrektora d/s obiegu informacji, którego
miejsce powinno znajdować się na przykład tuż obok pełnomocnika zarządu
d/s Zarządzania Jakością, gdzieś pomiędzy władzą stanowiącą o
strategii, a władzą realizującą bieżące zadania.

Taką właśnie pozycję powinien mieć CIO, aby móc
przystosować system informatyczny do firmy i firmę do systemu.

Tylko takie współdziałanie gwarantuje sukces.

Zewrzyjmy więc szyki i zacznijmy lobbing… nie lobbing, to
słowo źle się ostatnio kojarzy. Zacznijmy promować… nie, promocja kojarzy
nam się z kreatywnym pozbywaniem się niepełnowartościowego towaru. Zbierzmy
się więc kupą, mości panowie (i pojedyncze egzemplarze pań) i zburzmy
wizerunek ponurego, nieogolonego informatyka, porozumiewającego się z
otoczeniem za pomocą monosylab i mnemoników, kreując menedżera informacji
zarządzającego bezkolizyjnym przebiegiem wspomaganych komputerowo procesów.

Jadwiga Gnybek
członek a raczej członkini Klubu CIO
(oraz stowarzyszenia o dźwięcznej nazwie PLOUG – o piękna polska mowo,
gdzie się zapodziałaś)

Managerowie, Szefowie i Majsterkowicze

lipiec 2003

Skoro mamy już za sobą wybór CIO roku, możemy zastanowić
się przez chwilę jak takim CIO zostać. Skoro – jak mówi pan profesor
Bralczyk – cio roku mamy wybierać owego „CIO Roku”, to już najwyższa
pora, aby rozpocząć drogę na szczyt.

Z moich (niestety już wieloletnich) obserwacji wynika, że
waga dokonań Szefa Informatyki (pozostańmy przez chwilę przy tym plebejskim
określeniu) zależy w większym stopniu od wysokości budżetu podległego mu
działu niż od współczynnika efektywności jego wykorzystania. Taki współczynnik,
choć obarczony dużą dozą subiektywizmu, określałby, ile pożytecznych dla
firmy zadań udało się zrobić w ramach tegoż budżetu.

Im firma mniejsza i budżet skromniejszy tym wydawanie pieniędzy
jest – nazwijmy to bardziej pomysłowe i kreatywne. Pracownicy informatyki są w
tym okresie w stadium „Adama Słodowego” i cieszą się, ilekroć ze
sznurka i gumy do żucia uda im się zestawić nowe superszybkie łącze.

Wraz ze wzrostem firmy i wzrostem nakładów na informatykę,
dochodzimy do punktu gdzie sznurek i gumę do żucia zastąpić trzeba choćby
sprzętem, skoro już (a w zasadzie jeszcze) nie markowym, to przynajmniej mającym
aspirację „rasowego składaka”. Jest to najmniej wdzięczny okres
rozwoju infrastruktury, w którym użytkownik ma już coraz bardziej
sprecyzowane wymagania. Rzadko kiedy jednak użytkownik chce dodatkowo płacić
za wydajność i niezawodność, która z minuty na minutę staje się bardziej
istotna i niezbędna. W tym stadium ewolucji nasz Majsterkowicz staje się
Szefem. Obrasta w segregatory z fakturami, częściej pisze maile niż skrypty.
Wszyscy na niego krzyczą, że wydaje mnóstwo pieniędzy i wciąż komputery
„chodzą za wolno”.

O ile Szefowi nie uda się szybko korzystnie zmienić pracy,
wyłysieje, osiwieje i dostanie wrzodów na żołądku.

Niezwykle rzadko zdarza się, aby tak rozpoczęta ścieżka
kariery doprowadziła Szefa do stadium Managera. Pewnie w połowie z powodu nadwątlonego
zdrowia, a w drugiej połowie dlatego, że Szef ciągle chodzi do pracy w dżinsach
i bawełnianym podkoszulku.

Czy zatem, aby przeistoczyć się w Managera wystarczy kupić
garnitur i dopisać do przyszłorocznego budżetu trzy zera? Teoretycznie tak.
Przy czym garnitur podobnie jak frak porządnie leży dopiero w trzecim
pokoleniu. Zaś dopisanie do budżetu trzech znaczących zer powoduje, że Szef
(a właściwie już były Szef) może ubrać swój nowiutki garnitur na wędrówkę
w poszukiwaniu nowej posady.

Szefa od Managera dzieli przepaść!

Managerem nie można stać się z awansu społecznego, w
wyniku mozolnego wspinania się po szczeblach kariery. Managerem staje się w
wyniku korzystnej zmiany zatrudnienia. Managerem staje się Szef dzięki łutowi
szczęścia pozwalającemu na zareklamowanie się dużej korporacyjnej
strukturze jako człowiek sukcesu, mogący zapewnić dalszy, stabilny choć
dynamiczny rozwój departamentu IT, bo od tej chwili nie rozmawiamy już o żadnych
tam działach czy zespołach.

Do obowiązkowego wyposażenia Managera należy notebook, komórka
i gabinet blisko Zarządu, a przy najbliższej zmianie zasiadających w tych
gabinetach, służbowy samochód po odchodzącym członku. Jego życie od tej
chwili wypełnione jest rzeczywistością wirtualną. Serwery zna jedynie z
kolorowych reklamówek, pracowników z podpisywanych wniosków urlopowych, a bieżące
problemy jawią mu się jako kolejne wiersze budżetu.

Mam więc ściśle określony cel, sprecyzowane parametry
sukcesu i dziesięć miesięcy do następnej edycji konkursu. Garnitur już mam
(w pierwszym pokoleniu niestety), a w jego klapie złoto czerwony znaczek klubu
CIO, na który spoglądam trochę jak Jagiełło na owe dwa nagie krzyżackie
miecze.

Kierownik Działu Informatyki
Jadwiga Gnybek

P.S.

Pozdrawiam Pana, który na spotkanie w Zachęcie przyjechał w kraciastej
koszuli. Nawet Pan nie przypuszcza, ile osób spoglądało na Pana z zazdrością,
rozpinając ukradkiem guzik pod węzłem krawata.


* dyrektor działu informatyki, kierownik działu informatyki, główny
informatyk zakładowy, szef informatyki.