Kij w mrowisko, czyli kółko wzajemnej adoracji

Najstarsi górale (z wyjątkiem Sławka) nie pamiętają, kto
pierwszy rzucił hasło „oraclowcy miast i wiosek łączcie się w
stowarzyszenia”. Nie mniej jednak od zawsze wiadomo, że w jedności siła,
a kupy nikt nie ruszy.

W czasach zamierzchłych (które pamiętam), oraclowcy byli
zjawiskiem niezwykle rzadkim. Toteż, choćby w celu ochrony i pomnażania (nie
mylić z rozmnażaniem), warto było nas skupiać i zrzeszać.

Lata mijały, praktykujących oraclowców przybywało, a ich
romans z do niedawna niedostępną zamorską technologią coraz to bardziej
przekształcał się w „małżeństwo z rozsądku”. Po pierwszych
zachwytach przyszła pora na mozolną codzienną pracę, która oprócz podziwu
dla bogatej funkcjonalności, prowadziła coraz częściej do rozczarowań.

Co gorsza, im więcej wiedzieliśmy, tym więcej wiedzieć
chcieliśmy. Kształciliśmy się na oraclowych kursach, zaczęliśmy organizować
konferencje i ciągle było nam mało. Na początku – nie powiem –
wydawało mi się, że szczególnie mi się poszczęściło. Nie dość, że
pracuję na bardzo nowoczesnych narzędziach i technologiach, to jeszcze jestem
dopieszczana polskim oddziałem zamorskiego bazodanowego imperium. Wszyscy Ci z
Państwa, którzy wyrośli jakiś czas temu na bajkach Andersena i braci Grimm,
dobrze wiedzą, że nawet oni nie podjęli się nigdy opisania owego zagadkowego
„a potem żyli długo i szczęśliwie”. Jest to właśnie ten etap
mojego z oraclem współżycia, które staram się od kilku lat opisać. Na szczęście
specyfika komputerowych technologii wyklucza życie w stylu „nasza mała
stabilizacja”; nie mniej jednak już po kilku latach przestaje się z
zapartym tchem wertować kolorowe reklamówki. Po kilku doświadczeniach z
patchami, supportem i innymi obiecująco brzmiącymi hasłami, praca z Oraclem
wchodzi w fazę małżeństwa z rozsądku.

Zastanówmy się w tym miejscu, w którym momencie praktykujący
oraclowiec odczuwa po raz pierwszy nieodpartą chęć zrzeszenia się.

Po raz pierwszy z pewnością podczas miodowego miesiąca
– no powiedzmy, po półtora roku. Wtedy to właśnie czujemy, że jesteśmy
awangardą nowych technologii, a do tego dostajemy kolorowe foldery i darmowe
piwo.

Po raz drugi w dwa, trzy lata później, gdy już wiemy, jak
jest i że inaczej nie będzie, więc może przynajmniej ponarzekamy sobie przy
(o tej porze nocy) już nie darmowym piwie.

Tak właśnie powstają stowarzyszenia balansujące pomiędzy
kołem miłośników, a stowarzyszeniem użytkowników.

Na pierwszy rzut oka problem nie jest poważny – ot
jedna połowa stowarzyszonych jest optymistami, a druga połowa praktykami. Nie
jest to jednak takie proste. Różnica pomiędzy kołem wzajemnej adoracji, a
stowarzyszeniem konsumentów polega przede wszystkim na źródłach finansowania
i wzajemnych powiązaniach pomiędzy kierownictwem firmy dostarczającej obiekt
użytkowania (lub uwielbienia), a kierownictwem rzeczonego stowarzyszenia. Jeśli
będziemy uśmiechać się do dostawcy, dostaniemy więcej kolorowych reklamówek
i darmowego piwa. Jeśli zaś będziemy marudzić i krytykować, to ich nie
dostaniemy i konferencja nie uzyska zadowalającej frekwencji. Dla
stowarzyszenia, które fundusze na swoją działalność zdobywa poprzez
organizację konferencji, dylemat nie jest błahy. Stąd, stosownie do
aktualnych nastrojów, umiejętności negocjacyjnych i innych pozamerytorycznych
powodów, zakopiańska konferencja albo przepełniona jest sponsoringiem Oracle
Polska, lub wręcz przeciwnie – nasza ulubiona firma w tym samym terminie
organizuje jakąś zupełnie niekonkurencyjną imprezkę.

W sumie, z jednej strony trudno się dziwić, żyjemy w dżungli
i musimy stosować się do jej prawideł. Każdy chce zarobić i ma na to swój
sposób. Trudno jednak oprzeć się dygresji, że nic tak dobrze nie wpływa na
sprzedaż produktu, jak zadowolony praktyk. Jeśli nie zawsze może być on
zadowolony z produktu, niech chociaż od czasu do czasu poczuje się zadbany.
Poczuje się partnerem, a nie tylko ciemną konsumencką masą, której należy
dostarczyć reklamowej papki. Wszak taka zakopiańska konferencja, to
nieoceniona okazja do partnerskiego spotkania z użytkownikami. Klientami
„sponsorującymi” zyski korporacji, na co dzień występującymi w
bezosobowej formie numeru klienta.

Panie i panowie! Pamiętajmy, że to darmowe reklamowe piwo
kupujemy sobie sami płacąc za licencje, asystę i kursy. To my fundujemy
dostatnie życie pracownikom korporacji, którym ktoś nieopatrznie i z pewnością
przez pomyłkę wmówił, że są od nas lepsi i mądrzejsi.

Pokory nieco „klonowie”!

Pokora to jedna z ostatnich cech młodych liderów
technologii. Mówię to siedząc za biurkiem szefa informatyki „dużej
szwalni”. Przeciskając się pomiędzy sznurem maszyn do szycia, co dzień
przypominam sobie i moim pracownikom, że żywią nas panie szwaczki, a nie high
technology.

Całkiem podobnie rzecz się ma z pracownikami korporacji.
Nie patrzmy na nich z podziwem. Patrzmy na nich jak na naszych pracowników, bo
to my finansujemy ich pensje.

Redaktor znów Naczelna
Jadwiga Gnybek
Członek Zarządu PLOUG
ds. uszczęśliwiania pozostałych członków